Mapa serwisu Pomoc techniczna Drukuj Strona główna
 

70 lat WSK

Media o nas

2007-08-08

Tygodnik Solidarność: Przyszłość polskich skrzydeł

Udana prywatyzacja WSK Rzeszów wydaje się szansą dla całego Podkarpacia. Czy PZL Mielec, również kupiony przez UTC, potrafi wykorzystać rzeszowskie doświadczenia?

 

Umowę o sprzedaży 85 proc. akcji WSK PZL-Rzeszów SA (WSK Rzeszów) firmie United Technologies Holding SA (UTC), z siedzibą w Hartford, Connecticut USA, podpisano 21 września 2001, natomiast do przekazania tych udziałów nowemu właścicielowi doszło marcu 2002. W pięć lat po prywatyzacji WSK Rzeszów to już całkiem inny zakład. A dokładniej - to wciąż ten sam zakład, lecz gruntownie przeorganizowany, uporządkowany, przyjazny środowisku. Charakterystyczne, że zmiany zachodzą niejako od wewnątrz, przejawiając się w innej filozofii pracy, stosunku do klienta, w systemie kultywowanych przez firmę wartości, optymalizacji przebiegu procesów i ciągów technologicznych. W relacjach pomiędzy pracownikami a firmą. W dbałości o najwyższą jakość produktu.

 

Nie ma jak prywatyzacja

Dyrekcja, menedżment i związki zawodowe - różnie rozkładając akcenty swej aprobaty - zgodnie twierdzą, że prywatyzacja była dla rzeszowskiego WSK rodzajem dziejowej konieczności.
- W połowie lat 90. płace, mimo że niewysokie, stanowiły prawie 50 proc. kosztów. A pod koniec dekady rozwiały się nadzieje na to, że państwowe zakłady, przecież nie byle jakie, bo z przedwojennego COP-u, będą mogły prosperować dzięki zamówieniom rządowym oraz produkcji kierowanej na rynek krajowy. Bez zastrzyku kapitałowego, bez innowacyjnych technologii, bez nowych rynków zbytu firma nie miała szans. Wtedy zaczęto szukać inwestorów -mówi Adam Śnieżek, przewodniczący rzeszowskiej Solidarności w latach 1992-1997, poseł AWS, dziś znów pracownik WSK i szeregowy członek tamtejszej międzyzakładowej struktury „S“.
Roman Jakim, przewodniczący Solidarności w rzeszowskiej WSK, nie ma wątpliwości, że to właśnie prywatyzacja zapewniła ich zakładowi skok technologiczny, zmieniła organizację pracy, umożliwiła poprawę jakości wyrobów i przede wszystkim dała nadzieję na rozwój. Owszem, zawsze można się zastanawiać, czy wybrano ofertę prywatyzacyjną najlepszą z możliwych, ale to już całkiem inny problem.

- Przed prywatyzacją byliśmy jedną z lepszych firm polskiego przemysłu obronnego. Osobiście zresztą, w pełnym porozumieniu ze związkami zawodowymi, przeprowadziłem obie restrukturyzacje rzeszowskiej WSK. I tę w 1991 roku, gdy mieliśmy jeszcze ponad 10,5 tys. pracowników, i tę drugą, już po prywatyzacji, która polegała głównie na wydzieleniu oraz sprzedaży części zakładu, niezwiązanych z produkcją lotniczą. Ostatnio sprzedaliśmy jeszcze zakład metalurgiczny, ale ośmiuset pracowników stamtąd nie straciło zatrudnienia, tylko zmieniło pracodawcę - mówi Marek Darecki, prezes zarządu i dyrektor generalny WSK Rzeszów.
- Firma się rozwija. W chwili prywatyzacji w części lotniczej mieliśmy 4 tys. pracowników, dziś też pracują tu cztery tysiące, ale roczna wartość sprzedanej produkcji lotniczej wzrosła sześciokrotnie, z 30 mln USD w roku 2000 do dwustu milionów dolarów w roku ubiegłym. Mamy też najnowsze technologie i... zadowolonych emerytów - dodaje prezes Darecki, myśląc o tych pracownikach, którzy odchodzili z firmy z

odprawami, sięgającymi 36 pensji.

 

Oczu nie wymienisz

- Podobnie jak w całym koncernie UTC, problemy bezpieczeństwa pracy i troskę o środowisko naturalne traktuje się w naszym zakładzie priotytetowo, a rozwiązuje systemowo. Można wręcz mówić o nowej kulturze pracy, przejawiającej się w organizacji produkcji, tworzeniu możliwie najlepszych warunków pracy czy użyciu elementów wizualnych do usprawnienia wewnątrzzakładowej komunikacji - wyjaśnia rzecznik prasowy WSK Andrzej Czarnecki.

Uderza zwłaszcza dbałość nowego właściciela o bezpieczeństwo pracowników. Na każdym wydziale produkcyjnym skrót EHS - od ang. Environment, Health & Safety (środowisko, zdrowie i bezpieczeństwo) - sąsiaduje z dobrze znanym polskim skrótem BHP. I niespecjalnie dziwi taka dwujęzyczność w zakładzie, w którym co ósmy pracownik mówi po angielsku, a kursy językowe skończyło już 800 osób.
„Załóż okulary ochronne, bo oczu nie wymienisz“. Albo hasło z plakatu ma tak silną moc perswazyjną, albo za bramą zakładu przy Hetmańskiej w Rzeszowie faktycznie zapanowała nowa kultura pracy, bo na wydziałach produkcyjnych WSK wszyscy chronią narząd wzroku w ten sposób. Pracownicy, nadzór, goście - tu nie ma wyjątków.
Wdrożenie pięciu tzw. kardynalnych zasad bezpieczeństwa dało całkiem wymierne skutki. W ostatnim roku przed prywatyzacją doszło do 37 wypadków, które zmusiły poszkodowanych do wzięcia zwolnienia lekarskiego. W ostatnich latach zdarza się to całkiem incydentalnie: w 2004 miały miejsce trzy takie przypadki, w rok później tylko dwa, a w 2006 - cztery.

 

Złota czy czarna legenda F16

Elementy blaszane do silników, łopatki turbin, rurki paliwowe, hydrauliczne i powietrzne, koła zębate, przekładnie do napędów - WSK w Rzeszowie produkuje dziś części i komponenty silników lotniczych, remontuje i serwisuje swoje tradycyjne produkty, czyli napędy do śmigłowców Sokół oraz Mi 2, a ponadto z modułów przesyłanych z fabryki w Teksasie montuje silniki F100PW229 do polskich myśliwców F16. Zmontuje się ich w Rzeszowie niewiele, raptem 48 sztuk, ale to właśnie wokół tych czterech tuzinów silników, przy których pracuje zaledwie 20 osób, narosło wiele emocji. I powstała swoista legenda.

 

Niekoniecznie złota...

- Montaż silników do polskich „efów“ z pewnością dodaje naszej firmie prestiżu, ale niewiele ponad to. Dziesięć silników zmontowanych rocznie, przy 10 tys. USD za sztukę, daje zysk rzędu 150 tys. dolarów, my tego nawet nie liczymy do offsetu - zapewnia prezes Darecki, inicjator i pomysłodawca tzw. Doliny Lotniczej, która ma przeobrazić Podkarpacie w region nasycony przemysłem wysokich technologii, więc w konsekwencji bogaty.
Entuzjazm, z jakim mówił o tym „Tygodnikowi Solidarność“, przekłada się na konkrety: przed trzema laty działało na tym terenie 18 firm zajmujących się produkcją lotniczą, teraz jest ich już 65; dwukrotnie (z 9 do 18 tys.) wzrosła liczba pracujących w tym sektorze osób, a wartość produkcji sprzedanej wzrosła ponad trzykrotnie, z 250 do 800 milionów USD.
- Coraz mniej u nas tokarzy czy szlifierzy, rośnie natomiast liczba operatorów, bo produkcję stricte lotniczą obsługują dziś automaty sterowane numerycznie, a tradycyjne obrabiarki, tokarki, szlifierki trafiły do małych firm Doliny Lotniczej - przewodniczący Jakim, mówiąc o zmianie struktury zatrudnienia i odnowieniu parku maszynowego w rzeszowskich zakładach, potwierdził istotną rolę WSK przy podkręcaniu rozwoju przemysłu w regionie.

 

W poszukiwaniu finalnego produktu

- Straty, jakie ponosiliśmy przez cztery lata, były skutkiem kosztownej restrukturyzacji, hojnych odpraw, konieczności przeorganizowania produkcji, wreszcie rekultywacji terenów zakładu. Ale już w 2006 osiągnęliśmy przeszło 50 mln złotych zysku -prezes WSK Rzeszów chętniej mówi o dokonaniach niż o zamiarach, ale przyszłość kierowanej przez siebie firmy wiąże z utworzeniem centrum badawczorozwojowego.
- Dopiero produkt finalny, czyli nowoczesny silnik lotniczy na światowym poziomie, zaprojektowany, wyprodukowany i scertyfikowany w Rzeszowie zapewni nam prosperity na następne 70 lat - konkluduje Marek Darecki, czyniąc aluzję do okrągłej rocznicy rozpoczęcia prac ziemnych obok Lisiej Góry.
O produkcie finalnym myśli też intensywnie Janusz Zakręcki, który od jesieni 2005 jest prezesem zarządu i dyrektorem generalnym Polskich Zakładów Lotniczych Mielec Spółka z o.o. (PZL Mielec). O ile jednak rzeszowskiej WSK marzy się nowoczesny silnik lotniczy, o tyle zakłady mieleckie, które tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej rozpoczęły produkcję lotniczą od montażu słynnych bombowców PZL.37 Łoś, potrzebują nowoczesnej jednostki latającej: samolotu bądź śmigłowca.
- W czasach swej świetności mielecka WSK zatrudniała 23 tys. pracowników, z czego 7 tys. osób pracowało w lotniczej części zakładu. Dziś na terenach dawnego „socjalistycznego holdingu“, gdzie oprócz samolotów produkowano samochody chłodnie, słynnego mikrusa oraz meleksy, tworzywa sztuczne czy wysokoprężny silnik leylanda, mieści się cała strefa ekonomiczna. PZL Mielec, choć nadal użytkują 12 hektarów pod dachem, zajmują najwyżej trzecią część powierzchni strefy - mówi prezes Zakręcki, który był w Rzeszowie odpowiedzialny za wdrożenie produkcji silnika PW600 i widział, jak szybko inwestycje i nowoczesna technologia zmieniają oblicze zakładu, jak sprzedana produkcja wpływa na pracownika.

 

PZL Mielec wychodzi na prostą

Przedstawiciele firmy Sikorsky Aircraft Corporation, uznanego w świecie producenta helikopterów, pojawili się w Mielcu przed rokiem, z propozycją współpracy przy budowie elementów do śmigłowca Black Hawk. Ale kierownictwo i związkowcy mieleckich PZL, chcieli czegoś więcej. Mieli już przecież za sobą pierwszy etap restrukturyzacji dawnej WSK i wyodrębnienie nieco zbyt okrojonego zakładu lotniczego w 1995. W cztery lata później, dzięki staraniom wicepremiera Longina Komołowskiego oraz Stanisława Padykuły, wiceprezesa Agencji Rozwoju Przemysłu, mocno zadłużony zakład metodą kontrolowanej upadłości udało się przekształcić w spółkę skarbu państwa.
Wydawało się, że wreszcie nadeszły dla firmy dobre czasy. Przez pierwsze dwa lata PZL Mielec nieźle funkcjonował, ale później wokół spółki skarbu państwa zaczęło się kręcić wielu nazbyt interesownych pośredników. Prowizje sięgały 30-40 proc. Trudno w takiej sytuacji produkować samoloty i jeszcze wyjść na swoje. W 2004 Solidarność złożyła zawiadomienie do prokuratury, w 2005 wypowiedziano niekorzystne umowy i wstrzymano realizację kontraktów.
Od marca 2007 właścicielem 100 proc. udziałów spółki PZL Mielec jest lotnicza korporacja Sikorsky, która podobnie jak współpracująca od lat z rzeszowską WSK firma Pratt&Whitney należy do amerykańskiego holdingu UTC. Prezes Zakręcki i wiceprzewodniczący mieleckiej Solidarności Marian Kokoszka mają nadzieję, że ich zakład wkroczył na ścieżkę rozwoju sprawdzoną i przetrasowaną w Rzeszowie.

 

Świt w Dolinie Lotniczej

- Zbrojeniówka, która produkuje głównie na rynek wewnętrzny, konsoliduje się inaczej. Przemysł lotniczy, bardzo przecież wymagający i konkurencyjny, musi nastawić się na produkcję cywilną oraz rynki zewnętrzne. Polski przemysł lotniczy potrzebuje wielkiego wsparcia technologicznego, potrzebuje kapitału. Bez miliarda złotych na nowe technologie, bez drugiego miliarda na rozwój nowych produktów nie mamy szans na trudnych światowych rynkach - ocenia wiceprzewodniczący Kokoszka.
Związkowców cieszy podpisany pakiet socjalny. Są w nim zapisane gwarancje zatrudnienia na 6 lat i wysokie rekompensaty: od 39 średnich pensji w razie zwolnienia w pierwszym roku po prywatyzacji, do 10 pensji w roku ostatnim. Jest także bonus prywatyzacyjny, planowy wzrost płac, program finansowania studiów Scholar - wszystko tak jak w zakładach rzeszowskich, którym mielczanie uważnie się teraz przypatrują.
Nowy właściciel zobowiązał się zainwestować w zakład 45 mln USD, ale w Mielcu liczą na więcej, skoro w Rzeszowie zapisaną w umowie prywatyzacyjnej kwotę 70 milionów dolarów na inwestycje, prawie już podwojono. Liczą tym bardziej, że po zaledwie czterech miesiącach obecności nowego właściciela zmiany widać już gołym okiem.
- W 2011 mamy osiągnąć roczną zdolność produkcyjną na poziomie kilkudziesięciu kabin do śmigłowca Black Hawk. Ich znacząca część będzie dostarczana do zakładów Sikorsky’ego i montowana na maszynach przeznaczonych dla armii USA. Reszta posłuży do produkcji tzw. lotnych śmigłowców, które tu w Mielcu będą oblatywane i testowane, a następnie doposażane, zgodnie z potrzebami oraz wymaganiami odbiorców -wyjaśnia prezes Zakręcki.
- Przyszła współpraca będzie zależała od polityki holdingu, do którego teraz razem należymy, ale PZL Mielec jest dla nas firmą siostrzaną - deklaruje prezes Darecki. - Rzeszów specjalizuje się w silnikach, my od zawsze montowaliśmy produkt finalny, czyli jednostki latające - dopowiada prezes Zakręcki.


© WSK "PZL-RZESZÓW" S. A. 2003 | Wszelkie prawa zastrzeżone.
CMS   powered by Edito